Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisconsin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisconsin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2009

Wypad poza miasto






poniedziałek, 7 września 2009

The Cave of Blue Mounds & House on the Rock














wtorek, 18 sierpnia 2009

Sister Bay, Wisconsin






Zawsze chcieliśmy spróbować jazdy na skuterach wodnych, ale sądziliśmy, że potrzeba do tego albo jakiegoś szkolenia, albo sporej ilości pieniędzy. Owszem, szkolenie trwało minutę - to jest kluczyk, zaczepiasz go tutaj, tak jest wsteczny bieg, tak neutralny, tak do przodu. Tu się naciska, i pędzi nawet 100km na godzinę. Że ile przepraszam? To może ja zostanę na brzegu...

Początkowy strach minął mi w momencie, kiedy z pozycji trzymania pleców Rafała i słuchania, czy serducho jeszcze bije, przesiadłam się na pozycję kierowcy i przejęłam kontrolę nad skuterem. Fakt faktem, posuwałam się głównie w liniach prostych, i jazda ze mną była zdecydowanie nudna, chociaż raz czy dwa docisnęłam gaz do dechy na kilkanaście sekund, modląc się, by okulary nie wbiły mi się w czaszkę od nacisku wiatru wiejącego w twarz. Kilka razy poszybowaliśmy też nad wodą, kiedy to rozpędzeni wjechaliśmy na jedną z licznych fal.

Zdjęcia powyżej były bardzo pozowane - zatrzymaliśmy się przy niewielkim molo przy brzegu, gdzie ze względu na płytką wodę nie szaleliśmy za bardzo. Ja ćwiczyłam parkowanie, Rafik kręcił ósemki. Mega super zabawa!

Czy wspominałam, że skuter wypożyczyliśmy u pani z Polski?

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Yellow moon







To był cudowny, pełen niespodzianek weekend. Rafał wywiózł mnie na sam koniec jeziora Michigan. Takiej ciszy, tylu naturalnych widoków, i tak pysznej kiełbasy i ziemniaków z ogniska nad brzegiem jeziora nocą nie doświadczyliśmy już długo...

niedziela, 30 listopada 2008

Devil's Head

Sprzęt przetestowany. Mięśnie nadwyrężone. Było super.

Niestety naturalnego śniegu za dużo nie nasypało. Z siedmiu dostępnych tras sztucznie naśnieżono dwie. Bazując na opowieściach innych spodziewaliśmy się gorszych warunków i krótszego stoku. Stok, owszem, do najdłuższych nie należy, ale krótki nie jest. Można się rozpędzić i zapomnieć o całym świecie. Zaplecze u podnóża góry, składające się z hotelu z basenem, kilku restauracji, baru, kafeterii, wypożyczalni sprzętu narciarskiego i snowboardowego jest świetnie przystosowane do potrzeb zależnych od pory roku. Zapomniałam dodać, że naprzeciw stoku rozciąga się piękne pole golfowe, i poza wyciągami okolica oferuje muzea, oraz trasy widokowe dla miłośników chodzenia po górach.

Hotel jest bardzo przyjemny. Dostaliśmy duży i przytulny pokój na poddaszu z widokiem na stok. Po całodziennej jeździe byliśmy zbyt zmęczeni, by zwiedzać resztę dostępnych atrakcji.

Rankiem, drugiego dnia, ledwo stoczyliśmy się z łóżka. Każdy mięsień na ciele dawał się we znaki. Mimo wszystko, cały dzień spędziliśmy na stoku. Aparat zostawiliśmy w samochodzie, i nie chciało nam się iść po niego do momentu kiedy to przerwano pracę wyciągu, aby ratraki mogły odświeżyć stok. To jedna z różnic, jakie zaobserwowaliśmy pomiędzy Polską a USA - kto w Polsce zamyka stok kiedy chce wyratrakować trasę :D. W końcu najlepsza frajda to jazda za ratrakiem, po świeżo przeczesanym śnieżku.

Posiedzieliśmy więc chwilę przy ognisku, ja trochę pokręciłam się z aparatem, i wtedy zrozumiałam, że stosunek snowboardzistów do narciarzy jest szokujący. Narciarze to gatunek zagrożony. Trzecia obserwacja: Burton w USA jest jak chleb powszedni. Większość snowboardzistów ma sprzęt Burtona. Większość ma też sprzęt stary, jeździ w zwykłych okularach zamiast gogli, więc nie do końca "Ameryka". Czwarta obserwacja, poczyniona przez Rafała, bo ja na takich sprawach sie nie znam: wyciąg nie jest elektryczny, tylko jak się pewnie można domyślić... spalinowy. Ach, i jeszcze jedno - nikt mi nigdy nie sprawdził karnetu. Taka amerykańska uczciwość. W Polsce by to nie przeszło.

Ocena sprzętu:

Sprzęt sprawuje się nieźle. Rafał ze swojego zestawu jest bardzo zadowolony. Ja musiałam trochę poprzestawiać wiązania, aby dojść do tego samego wniosku.

Jestem zadowolona z tego, że w miarę bezboleśnie przeszłam z wiązań step-in na klamerkowe. Nowe wiązania spisują się świetnie, buty trzymają aż za dobrze. Jeśli chodzi o buty, to razem z Rafałem baliśmy się, że cienkie, kewlarowe sznurówki urwą się w pierwszy dzień, i że ciężko będzie dobrze usztywnić tym nogę. Sznurówki nie chciały się urwać, w dodatku nieporównywalnie szybciej można zawiązać i rozwiązać tym buta, co cieszy. Dopasowanie? Bojąc się, że będzie latała mi noga w tych butach, ścisnęłam je jak tylko się dało. Efekt - każda nitka tworząca skarpetkę była odciśnięta na mojej skórze, a stopa spuchła mi od braku dopływu/odpływu krwi. Kiedy już zdałam sobie sprawę, że za mocno ściskam nogę, na testy wygody butów było już za późno.

Deski - to jakiś kosmos. Idealnie reagują na rozkazy. Poza tym, że są mało odporne na uderzenia z boku, po dwudniowej jeździe spód wygląda jak nowy.

niedziela, 7 września 2008

basenowe Dells

Z okazji powoli kończącego się lata i dłuższego weekendu postanowiliśmy po raz kolejny wybrać się do Wisconsin Dells. Tym razem nie byliśmy sami - dołączyli do nas nasi kochani nowożeńcy - Ewa i Kuba.

Dzień pierwszy - sobota, 30 sierpień 2008

Zgodnie z planem, wyspaliśmy się rano w sobotę, spakowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w trasę. Przegadaliśmy całą drogę, zatrzymaliśmy się na kawkę, i w końcu dotarliśmy na miejsce. Z racji że po czterogodzinnej jeździe brzuszki domagały się napełnienia, zatankowaliśmy je w Moose Jaw.



Tego dnia postanowiliśmy odwiedzić Kalahari - ośrodek z licznymi basenami zarówno na świeżym powietrzu jak i tymi krytymi, a wszystko to w stylizacji rodem prosto z Afryki. Poleniuchowaliśmy na pontonikach w LazyRiver, pozjeżdzaliśmy na zjeżdzalniach, popływaliśmy, wypiliśmy po drineczku, i mimo filtra z wysokim faktorem - złapaliśmy lekką opaleniznę.

Ewa i Kuba byli po raz pierwszy w Kalahari, i tutaj najbardziej spodobało się im gorące jacuzzi.

Wieczorem zameldowaliśmy się w moteliku, ktoś przyniósł nam rozpalonego już grilla, wrzuciliśmy więc świeże rybki i kiełbaski, i przy drinkach spędziliśmy resztę czasu gawędząc.


Dzień drugi - niedziela, 31 sierpień 2008

W niedzielę na ruszt wpadł Mt. Olympus. Ogromny park z wieloma atrakcjami - basenami, rollercoasterami i gocartami. Jedna z fajniejszych opcji to basen ze sztuczną falą, ale nie takimi faleczkami jakie spotyka się w innych resortach. Tutaj fala jest jedna, wygląda jak fala tsunami, i zmiata wszystkich swoją siłą. W maksymalnym punkcie ma jakieś 3-4m wysokości. Tym razem zmiotła mi majtasy i okulary :).

Niestety, w trakcie długiego weekendu Mt. Olympus jest ciut przeludnione. Przygotowani na taką ewentualność pojawiliśmy sie w parku tuż po jego otwarciu, i zajęliśmy sobie 4 fajne leżakim i zaciągnęliśmy je w cieniste miejsce. Niestety, gdzieś w trakcie naszych zabaw jeden z leżaków został przywłaszczony przez rodzinę która rozłożyła się obok nas. Rzeczy które leżały na tym leżaku zostały przerzucone na pozostałe, co nie było zbyt uprzejme. Ponieważ, chciał nie chciał, padło na mój leżak - podeszłam do jego nowego właściciela, zwaracją grzecznie uwagę, że ów był zajęty, na co wskazywały leżące na nim rzeczy.

Reakcja była niesamowita: cała rodzina, składająca się z ok. 6ciu przedstawicieli pewnej rasy, zaczęła rzucać wyzwiska w naszą stronę, głowa rodziny wstała grożąc pobiciem :/, i ogólnie zrobiło się śmiesznie choć i nieciekawie zarazem. Jak ktoś chce cie pobić za to że go upomniałeś, zakrawa o największą głupotę świata. A że z głupimi ludźmi się nie dyskutuje, postanowiliśmy ich zignorować. Jednak kiedy wyzwiska dalej leciały w naszą stronę, jak i jeden z syniów postanowił zabawić się w grę: "patrzeć na nich wzrokiem 'zabiję cię' bez mrugięcia oka", stwierdziliśmy, że w takiej sytuacji ktoś inny powinien się nimi zająć. Wezwaliśmy więc ochronę, a sami z leżakami (a co ;]) przenieśliśmy się w inne miejsce.

Po basenach wybraliśmy się na mini golfa. Ewa zmiotła nas wszystkich swoimi umiejętnościami. Ale my się kiedyś poprawimy :)...



Na prawie sam koniec wylądowaliśmy we włoskiej restauracji - Sorento's. Jedzenie palce lizać! Obsługa też niczego sobie, ale obsługi lizać nie zamierzamy. Resztę wieczoru śmialiśmy się do łez próbując zdobyć maksymalną ilość punktów w grze TABU.

Dzień trzeci - poniedziałek, 1 wrzesień 2008

Ostatni dzień spędziliśmy w Noah's Ark. I tutaj znów pech - ktoś zwinął mi moje najwygodniejsze, choć nie tak urokliwe klapki. Buuuu!!!!

Nowego posiadacza klapek uprasza się o ich zdezynfekowanie zanim założy je na nogi! W przeciwnym wypadku grzybek gwarantowany, sesesesese (jk).




Home | Contact